wspomnienia

Wybuch powstania warszawskiego zastał mnie w domu przy ul. Wiśniowej 48…

Dziś rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Mokotów był świadkiem wielu tragicznych wydarzeń tych dni. Oto, jak opisują swoje przeżycia Ci, którzy mieszkali w tych samych miejscach, które znamy z naszej mokotowskiej codzienności:

Świadecwto Eugeniusza Biegańskiego, lekarza:

Wybuch powstania warszawskiego zastał mnie w domu przy ul. Wiśniowej 48. Pierwszego
sierpnia 1944 roku znalazłem się, jako jedyny lekarz, w punkcie sanitarnym urządzonym
w domu przy placyku przy ul. Narbutta (numeru nie pamiętam). Nocą z 1 na 2 sierpnia punkt
nasz przenieść się musiał pod naporem Niemców na ul. Czeczota. Od razu na domu, w którym
urządziliśmy punkt sanitarny (numeru nie pamiętam), wywiesiliśmy flagę Czerwonego Krzyża.
Bezpośrednio po tym fakcie dom ten został ostrzelany z czołgu niemieckiego.
Rannych w punkcie leżało dość dużo, wszystko raczej lekko ranni, liczby jednak nie
pamiętam. Po dniu, czy może półtora dnia, punkt nasz przeniesiony został głębiej, na 
ul. Pilicką (numeru także już nie pamiętam). Ciężej ranni zostali przydzieleni do Szpitala
Elżbietanek przy ul. Goszczyńskiego. Mniej więcej po tygodniu z Pilickiej punkt został
przeniesiony na ul. Naruszewicza, róg Pilickiej. Tutaj, jak i na poprzednim punkcie, nasilenie
rannych było słabsze. Stąd pod koniec sierpnia przeniesiono mnie na ul. Szustra, róg
Kazimierzowskiej. Tutaj rannych było już dużo. Ciężej rannych odsyłałem na Misyjną,
częściowo do elżbietanek. Na Misyjnej lekarze przeprowadzali operacje w dużej willi,
naprzeciw domu zakonnic. Po zbombardowaniu Szpitala Elżbietanek, co wydarzyło się około
28 sierpnia, ciężko rannych odsyłano już tylko na Misyjną.

Na Szustra punkt mój był przez około dwa tygodnie. Następnie został przeniesiony na
ul. Bałuckiego 24. Tu pozostałem do kapitulacji Mokotowa, tj. do 27 września. Rannych na
tym punkcie było ogromnie dużo, tak że pomagali mi w opatrywaniu i inni doktorzy, między
innymi stale pomagał mi dr. Kunicki, mieszkający w tym domu. W czasie, gdy odsyłanie
rannych na ul. Misyjną było niemożliwe, wszystko robiło się na miejscu. Ranni zostali
umieszczeni w piwnicach domu nr 24 i sąsiednich, przy ul. Bałuckiego.

Istniał też w początkowym okresie powstania punkt na ul. Lenartowicza, duży, pod
kierownictwem dwóch lekarzy, stojący na wyższym poziomie w sensie chirurgii. Był także
punkt sanitarny przy ul. Tenisowej. Szpitale, o których ja wiem, mieściły się:
1. Szpital s.s. elżbietanek, który w początkowym okresie powstania mieścił się nie tylko
w samym gmachu szpitala, ale zajmował także pobliskie wille.
2. Misyjna, czyli klasztor s.s. Franciszkanek i willa przy Misyjnej 8. Punkt ten traktuję jako
szpital, gdyż personel miał bardzo liczny, w tym czterech czy pięciu lekarzy.
3. Ośrodek zdrowia przy ul. Puławskiej, róg Dolnej, z obsługą jednego czy dwóch
lekarzy. Ośrodek ten, jak słyszałem, Niemcy podpalili wraz z chorymi. Byli tam chorzy
zakaźnie.
Wiem, że podczas powstania, już w późniejszym okresie, szefem służby zdrowia był profesor
Loth, który zginął w czasie bombardowania lotniczego.
Mam następujące informacje ze słyszenia o zbrodniach niemieckich na terenie Mokotowa.
W początkach powstania na ul. Olesińskiej Niemcy obrzucili granatami ludność będącą
w piwnicach. Usiłowania nasze, by dojść tam z pomocą lekarską, były udaremnione ciągłym
ostrzałem tego terenu przez Niemców.
W okolicach ul. Kazimierzowskiej, między Narbutta a Szustra, dokładnie na jakiej ulicy, nie
pamiętam, Niemcy wrzucili granaty do piwnic domu, w których zgromadzona była ludność.
Po otrzymaniu tej wiadomości poszedłem jeszcze z dwoma ludźmi na miejsce tej zbrodni.
Znaleźliśmy tam kobietę ranną w brzuch, którą przenieśliśmy na Szustra, stąd na Misyjną,
gdzie jednak po dwóch dniach umarła. Poza nią w piwnicach tego domu byli już sami zabici.
Liczby ofiar jednak nie znam.
W dniu kapitulacji Mokotowa, 27 września 1944 roku, Niemcy wydali rozkaz zniesienia
wszystkich rannych z okolicznych domów i ulic do budynku róg Bałuckiego i Odolańskiej.
Na skutek przeoczenia w niektórych domach przy ul. Szustra między ul. Bałuckiego
a Puławską pozostali ranni (czas na przeniesienie ich był tak krótki, że niemożliwością było
obejść wszystkie piwnice). Wiem, że Niemcy rannych w tych domach podobijali; chwalił się
tym wobec mnie pewien żołnierz niemiecki oraz opowiadali mi o tym moi sanitariusze. Tego
samego dnia siostry franciszkanki rozłożyły na swym dachu płachtę ze znakami Czerwonego
Krzyża. Idealnie w tym samym momencie cała ul. Misyjna została zbombardowana pociskami
artyleryjskimi. Siostry więc flagę zdjęły, co wywarło natychmiastowy skutek – ostrzał ustał.

Świadectwo Stanisławy Koprowicz

1 sierpnia 1944 roku około godz.17.00 udałam się na swoją działkę na Polu Mokotowskim.
Nie wiedziałam, że wybuchło powstanie, byłam zaskoczona, słysząc strzelaninę
od strony Ochoty. Chcąc wyjść w kierunku domu, udałam się w stronę ul. Rakowieckiej,
lecz zauważyłam, iż tam została rzucona bomba dymna. Wpadłam do kościoła Jezuitów
przy ul. Rakowieckiej, gdzie zastałam już 13 osób, których nie znałam. Oprócz ludności
cywilnej do kościoła przybyło także 25 księży jezuitów.
Dowiedziawszy się, iż wybuchło powstanie, pozostałam całą noc w kotłowni za kościołem.
Zaznaczam, iż obok kościoła o.o. Jezuitów przy ul. Rakowieckiej mieści się zakon Jezuitów.

Między budynkami gospodarczymi na podwórzu zakonnym była wyżej wspomniana
kotłownia w piwnicy.
Nazajutrz, 2 sierpnia około godz. 9.00 rano posłyszałam dobijanie się do drzwi kościoła
od strony ul. Boboli. Ksiądz Kosibowicz, proboszcz parafii kościoła o.o. Jezuitów pobiegł
na górę, gdzie zastał już w kościele żołnierzy niemieckich, którzy sami wywalili drzwi.
Sześciu żołnierzy razem z księdzem zeszło do kotłowni i rewidowali wszystkich obecnych,
najwidoczniej szukając broni, ponieważ niczego z biżuterii nam wtedy nie zabrali. Potem
wyszli razem z księdzem.
Po chwili ksiądz wrócił i powiedział, iż Niemcy kazali nam tu siedzieć spokojnie, że nic
nam nie zrobią, o ile stąd nie padnie do nich żaden strzał. Około godz. 11.00 wpadło do
nas trzech Niemców w zielonych mundurach, czy byli to żołnierze z Wehrmachtu, czy
też SS-mani, nie zauważyłam. Żołnierze ci przed wejściem do kotłowni rzucali granaty do
kościoła. Jeden z nich ustawił się w kotłowni, drugi na korytarzu, trzeci przy drugich czy
trzecich drzwiach wzdłuż korytarza piwnicznego, prowadzących do oddziału piwnicy, gdzie
leżały przeniesione meble: szafa, wąskie łóżeczko i krata w oknie. Mam wrażenie, że był
to lokal karny czy pokutniczy dla księży. Najmniejszy pokój w piwnicy. Otóż Niemiec, który
wszedł do kotłowni, kiwał palcem na obecnych, by wychodzili. Wyprowadził kolejno księży
i trzynaścioro mężczyzn i kobiet tam się znajdujących, w końcu kiwnął na mnie. Nazwisk
osób z ludności cywilnej nie znam, było tam więcej kobiet niż mężczyzn. Z księży oprócz
księdza Kosibowicza, znałam księdza Bieńkosza, Kisiela i Mońko. Wyszłam z kotłowni na
korytarz i zobaczyłam stojącą pod ścianą młodą kobietę, która przebywała w kotłowni
wraz ze swą matką i mówiła, iż mieszka na placu Unii Lubelskiej. Stanęłam koło niej, na co
Niemiec uderzył mnie w twarz i popchnął do najmniejszego pokoiku, jak przypuszczam
służącego uprzednio za miejsce pokuty dla księży.

Po wejściu do małego pokoiku zobaczyłam, iż wszyscy z kotłowni tam się znajdują.
Drzwi były uchylone i w to miejsce za drzwiami wpadłam w chwili,

gdy Niemiec zaczął rzucać w znajdujących się w pokoiku ludzi granaty. Muszę jeszcze dodać, iż
wyprowadzając nas z kotłowni, Niemcy obrali nas z biżuterii i innych kosztowności.
W chwili, gdy Niemiec zaczął rzucać granaty, chwyciłam leżący w pokoju na szafie koc,
zakryłam głowę, otworzyłam usta i oparłam się o drzwi. W pokoju rozrywani granatami ludzie
konali. W pewnej chwili poczułam, że robi mi się gorąco, spostrzegłam, iż po nodze spływa
krew. Odniosłam wtedy pięć ran w lewą nogę i jedną w klatkę piersiową. Rany otrzymałam
odłamkami granatów.

Niemcy po rzuceniu pewnej liczby granatów odeszli. W tym momencie widziałam, jak
poderwał się jakiś ksiądz: albo Bieńkosz, albo Kisiel, za nim jakiś mężczyzna i uciekli. Jak się
później dowiedziałam, ksiądz schronił się do kotłowni, mężczyzna został zabity na korytarzu.
Ja się jeszcze nie ruszałam. Po chwili wpadli Niemcy i znów rzucili na leżących kilka granatów.
Ja wtedy siedziałam w szafie.
Po odejściu Niemców wybiegłam na korytarz i schroniłam się do kotłowni. Tam zastałam
księży Kisiela, Bieńkosza i Mońko.

Po chwili do kotłowni przybył starszy mężczyzna z synem 20-letnim, Jurkiem, nazwiska nie
znam, którego wyniósł rannego na rękach z pokoiku, gdzie odbyła się egzekucja. Opowiadał
ten mężczyzna, że po mojej ucieczce z miejsca egzekucji jeszcze raz przyszli Niemcy
i dobijali leżących, wtedy właśnie przestrzelili obie nogi jego synowi, a jemu zadali dwie rany.
Przeżył wraz z synem dzięki temu, iż był przywalony trupami i Niemcy nie fatygowali się, by
sprawdzać, czy żyje. Po oddaniu szeregu strzałów do leżących i sprawdzeniu pulsu leżących
na wierzchu, odeszli.
Całą noc nas sześcioro bez opatrunku, wody i jedzenia ukrywaliśmy się za kupą
koksu w ciemnościach. Nazajutrz, 3 sierpnia, znowu posłyszeliśmy, iż Niemcy rzucają
w kościele granaty, potem wpadli do sutereny i podpalili trupy, rzucając bomby zapalające.
Przymknęliśmy drzwi kotłowni, inaczej dym by nas udusił. Przebywaliśmy tak do 5 sierpnia.
W nocy z 4 na 5 sierpnia ksiądz Bieńkosz wyszedł i wezwał sanitariuszki z bloków przy
ul. Fałata, by nas zabrały. Przybyły o 12.30 w dniu 5 sierpnia, przekradając się, by nie zwrócić
uwagi Niemców. Dwie sanitariuszki zabrały nas wszystkich i Jurka na noszach.

Kościół i budynki mieszkalne zakonu płonęły, kościół
nie dawał się wypalić i był szereg razy podpalany. Łączniczki z obrony przeciwlotniczej
przy ul. Fałata zabrały nas na punkt opatrunkowy przy ul. Fałata (numeru domu nie
pamiętam) i tam nas opatrzono.
14 sierpnia 1944 wróciłam do mojego domu przy al. Niepodległości 118A. W domu
moim byli powstańcy przez cały czas, do 26 września. 27 września wpadli do nas Niemcy
i popędzili całą ludność do fortu na Mokotowie, skąd na Wierzbno i do Pruszkowa do obozu
przejściowego.
1 października l944 wywieziono mnie transportem na roboty do Niemiec, za Wrocławiem,
gdzie zatrudniono mnie przy kopaniu okopów.

 

Świadecwto Teresy Jezierskiej, studentki SGGW

Wybuch powstania warszawskiego zastał mnie w domu przy ul. Opoczyńskiej 7. Daty
dokładnie nie pamiętam, 4 czy 5 sierpnia Niemcy ze Stauferkaserne zaczęli palić
ul. Rakowiecką z przecznicami od al. Niepodległości w kierunku ul. św. A. Boboli, ewakuując
całą ludność. Ludzie z tobołami w rękach wychodzili Rakowiecką do ul. Boboli. 7 sierpnia
zaczęto palić Opoczyńską. Wraz moimi koleżankami, z którymi mieszkałam u p. SariuszStokowskiej
przy Opoczyńskiej 7, przeszłam na Kielecką, gdzie przespałyśmy jedną noc
w piwnicy niewykończonego domu. Tu spotkałam mężczyznę (nazwiska nie znam), który
uciekł z więzienia mokotowskiego. Opowiadał on, iż Niemcy w ostatnim dniu lipca czy

1 sierpnia (teraz już dobrze nie pamiętam) kazali więźniom kopać rowy wzdłuż podwórza
więziennego, po czym kopiących rozstrzelali. Prócz tego zaczęli wyciągać ludzi z cel
i rozstrzeliwać nad przygotowanymi rowami, tak że ciała wpadały do nich. W ten sposób
zginęła około połowa więźniów. Mężczyzna opowiadał także, iż Niemcy po tej egzekucji
opuścili więzienie, kryjąc się do Stauferkaserne. Więźniowie jednak przez trzy dni nie mogli
się stamtąd wydostać, pozostając pod ścisłą opieką „sumiennych” dozorców.

 

Świadectwa pochodzą ze strony http://zapisyterroru.pl.

Zachęcam Was do odwiedzenia tej biblioteki wspomnień. Można w niej wyszukać świadectwa ludzi korzystając z wyszukiwarki lub mapy. Może na Twojej ulicy wydarzyło się coś, o czym warto wiedzieć? Może w Twojej kamienicy żyli ludzie, o których warto pamiętać?